11.06.2010, Justyna Białowąs
Moja Igo-kronika - część I
Mój pierwszy kontakt z Inteligo to turkus. Starałam się o praktyki, przyszłam na rozmowę, musiałam poczekać w recepcji. Siadłam na turkusowej kanapie. Obok stał turkusowy fotel.
Potem, już w salce, miałam przed sobą pojemnik z długopisami Inteligo: turkusowa skuwka i logotyp. Naprawdę, nie zdziwiłabym się, gdyby dywany wewnątrz też były turkusowe.
Potem kliknięcie kartą, długi korytarz, jednak w neutralnym kolorze, jeden zakręt, drugi zakręt, trzeci i na końcu pokój marketingu. Oszałamiający ten korytarz - pomyślałam wtedy. Z ulgą zanotowałam, że ubikacja jest całkiem blisko, przed zakrętem, więc się raczej nie zgubię. Dostałam mój pierwszy pracowy komputer z płaskim ekranem. Dziś bym w ogóle na ten ekran nie zwróciła uwagi, wtedy mnie zachwycił. W domu miałam kolos, zajmował całe biurko, wydawał z siebie dźwięki i nagrzewał się, jakby był odrębnym bytem. Ten tutaj, to szczyt nowych technologii i dyskrecji.

Ja wyglądam na zagubioną, ale za to płaski ekran wyszedł korzystnie.
I kolejno nastąpiły: spotkanie z chłopakiem z helpdesku, nadanie mi usera i pierwsze odpalenie outlooka. Następnie rundka po korytarzu i poznawanie innych ludzi. Obok naszego pokoju była Sprzedaż, pokój od strony patio, więc panował tam półmrok, a w nim pełno facetów i różnych dziwnych gadżetów. Częściej Sprzedaż przychodzi do nas niż my do nich. Może dlatego, że do naszego pokoju wpada światło dzienne. Kolejne pomieszczenia i działy w pierwszym kontakcie to chaos. Ludzie wyglądają sympatycznie, ale oczywiście nie zapamiętuję ich imion; z tego wszystkiego, na początku ich właściwie nie słyszę. Siedzą w większych i mniejszych skupiskach, pracują na stanowiskach o angielskich nazwach. I jeszcze nazewnictwo departamentów –to jest najtrudniejsze! To dla mnie pierwsze spotkanie z biurem jako takim, więc dziwi mnie absolutnie wszystko. Na przykład nie rozumiem, czym rożni się administracja od HR, ta pierwsza kojarzy mi się głównie z prawem. Mam znajomych, którzy studiują administrację i próbuję te dwa fakty jakoś połączyć (bezskutecznie zresztą). Albo chłopak z działu bezpieczeństwa. Na początku myślę sobie, że on musi być kimś w rodzaju firmowego bodyguarda. Tylko jak on to nasze bezpieczeństwo monitoruje? Do głowy mi nie przyjdzie, że chodzi o ochronę danych, systemów itp. Ze wszystkich nazw działów mojego osobistego Oscara przyznaję departamentowi Fulfillmentu. Jest za duże zamieszanie, żebym się miała dowiadywać od czego oni są, więc dla zabawy myślę sobie, co znaczy fulfill po angielsku – fulfill one's dreams, one's needs – i myślę sobie, że ten dział musi robić coś bardzo pożytecznego i przyjemnego. Potem okazuje się, że to nasza logistyka. Dbają o całość procesu bezpośredniej obsługi klientów. Czyli to oni są odpowiedzialni za wysyłkę startera do osób, które złożyły wniosek o otwarcie konta. I to oni odpowiadają za wysyłkę kolejnych kart kodów jednorazowych albo nowych kart płatniczych. Do dziś mam sentyment do tej nazwy.
Za głównymi drzwiami, kiedy jestem z powrotem w recepcji i myślę, ze to koniec, są jeszcze jedne drzwi, też zamknięte na czytnik. Nie wszyscy mają do nich kartę. Tam siedzi dział IT, w przestrzennym openspace. Tu oficjalnie wymiękam. Mam wrażenie, że nigdy w życiu nie zapamiętam nazw i nie powiążę ich z rzeczami, które robią. Poza tym IT kojarzy mi się E.T., nic na to nie poradzę.
Skupiam się na rzeczach praktycznych. Zauważam, że obok recepcji jest jeszcze jedna kuchnia (większa) i kolejny zestaw ubikacji. OK., to gdybym jednak się u siebie zgubiła.
No i się zaczęło :)